podąża wieczna procesja, pochód z wieloma uczestnikami

dawnymi głowami roztrzaskują się o nisko założone stropy

Rysują kontury, ściągając swym wzrokiem wszystko w pobliżu

wszystkie resztki wyobrażające sobie zbyt wiele

Rozciągane na krosnach niewyobrażalnych barwią sobą tkaninę

Spadam na kawałek mej twarzy, na beton, słyszę już ich tupoty

gęste, zbite w jednorodny pokaz siły, militarnych możliwości

w milionach egzemplarzy powielane, odbijane boleśnie

W kalcytowych zębach kruszą śmietanową porcelanę

z dawnej rodzinnej zastawy wytłukiwanej regularnie