Karen ledwo to posłyszała, wyszła szybko ze stancji. Guttorm stał długo w oknie, potem obrócił się i zaczął chodzić po izbie. Gdy żona wróciła, zatrzymał się.
— Tak jest, jak myślałam! — powiedziała. — Synnöwe siedziała i płakała. Gdy weszłam, udała, że szuka czegoś w szufladzie. Nie chciała, by ktoś widział jej łzy!
Potem dodała, potrząsając głową:
— Do niczego ta cała przyjaźń z Ingrid.
Zaczęła przyrządzać wieczerzę, ustawicznie wchodząc i wychodząc. Właśnie gdy jej nie było, weszła Synnöwe. Oczy miała czerwone od płaczu. Przeszła tuż obok ojca i spojrzała mu w oczy. Potem siadła przy stole i wzięła do rąk książkę. Po chwili położyła ją i spytała wchodzącą matkę, czy może jej pomóc.
— I owszem! — odrzekła Karen. — Praca jest najlepsza na wszystko.
Synnöwe nakryła stół stojący blisko okna. Ojciec chodzący dotąd po izbie przystąpił tam właśnie i wyjrzał:
— Owies położony od deszczu podniósł się, jak widzę!
Synnöwe stanęła obok niego i popatrzyła także. Zwrócił się ku niej, ale w tej chwili matka była obecna, przeto pogładził ją tylko z lekka po włosach i znów rozpoczął przerwaną wędrówkę.
Jedli w milczeniu.