Po chwili ujrzeli wóz posuwający się z wolna.

— To ktoś z Nordhaug! — zauważył Sämund.

— Nowożeńcy! — dodał Torbjörn.

Wóz stanął zrównawszy się z nimi.

— To dumna sztuka ta Marit! — szepnął Sämund, patrząc na kobietę siedzącą na wozie. Miała na głowie chustkę, drugą na ramionach. Spoglądała spokojnie, a na twarzy jej nie było widać najlżejszego zmieszania. Mąż jej za to był blady, przygnębiony. Rysy jego były jeszcze bardziej łagodne niż zwykle, jak to bywa u ludzi, których nęka jakaś tajona troska.

— Oglądacie zbiory? — spytała.

— Tak! — odparł Sämund.

— Dobrze wypadły tego roku.

— O, tak! Mogło być gorzej. Późno wracacie z kościoła!

— Było dużo znajomych... musieliśmy się pożegnać.