— Wpadnij do nas! — ozwała się Marit.

Obaj spojrzeli na nią zdumieni. Nie przypuszczali, że może przemawiać tak miło.

Wóz ruszył w dalszą drogę. Nie spieszno im było, lekka chmurka kurzu otaczała ich powózkę. W blasku słońca jej jedwabna chustka kontrastowała jaskrawo z jego ciemnym ubraniem. Za chwilę zniknęli za pagórkiem.

Ojciec i syn szli długo w milczeniu.

— Zdaje mi się, że on nie wróci tak prędko — ozwał się Torbjörn.

— Tak będzie zapewne najlepiej! — odparł Sämund. — Szczęścia musi szukać na obczyźnie, kto go nie ma w domu.

I znów szli, nic nie mówiąc.

— Minęliśmy łan pszenicy — rzekł Torbjörn.

— To nic! Obejrzymy za powrotem.

Szli dalej, a Torbjörn nie pytał, dokąd idą, gdy minęli granicę Granlien.