— Nic! — odrzekła Ingrid.
Gdy wreszcie poszedł z siostrą do pastora, wydawało mu się, że wszyscy nań patrzą, a konfirmanci śmieją się zeń po cichu. Synnöwe przybyła tego dnia później i długo przebywała na plebanii. Obawiał się wyrzutów ze strony pastora, zauważył jednak niebawem, że pastor i ojciec jego byli jedynymi w całej dolinie, którzy nic o bijatyce nie wiedzieli. Tedy sprawy stały dobrze, łamał sobie tylko nad tym głowę, jak zdoła porozumieć się z Synnöwe. Po raz pierwszy nie śmiał prosić Ingrid o pośrednictwo. Po skończeniu nauki udała się Synnöwe z powrotem na plebanię. Czekał, póki inni byli w podwórzu, ale wreszcie musiał pójść. Ingrid odeszła już dawno do domu.
Następnego dnia Synnöwe przyszła pierwsza i przechadzała się z jedną z młodych panien z plebanii i jakimś pankiem po ogrodzie. Panna wykopała z ziemi kilka kwiatków i dała je Synnöwe, a młodzieniec pomagał. Torbjörn zaś stał pośród innych i nasłuchiwał. Tłumaczono Synnöwe tak głośno, że słyszał każde słowo, jak należy zasadzić owe kwiaty, a Synnöwe obiecała, że uczyni to sama jak najdokładniej podług przepisu.
— Sama nie potrafisz! — zauważył młodzieniec, a Torbjörn zapamiętał to sobie.
Gdy Synnöwe znów połączyła się z resztą zebranych, okazywali jej jeszcze więcej względów niż zazwyczaj. Ale ona zbliżyła się do Ingrid, wzięła ją na bok, usiadły na ławce i zaczęły rozmawiać. Dawno już nie nagadały się ze sobą porządnie. Torbjörn stał z daleka i patrzył na piękne, zagraniczne kwiaty Synnöwe.
Tego dnia Synnöwe wracała razem z innymi do domu.
— Czy mogę odnieść ci kwiatki? — spytał Torbjörn.
— Dobrze, proszę! — odparła przyjaźnie, nie patrząc nań jednak.
Chwyciła Ingrid pod rękę i poszły przodem. W pobliżu Solbakken przystanęła i pożegnała się z Ingrid.
— Ten mały kawałek, jaki mam do domu, zaniosę sobie kwiaty sama! — powiedziała, zabierając koszyk, który Torbjörn postawił na ziemi.