Przez całą drogę zamierzał prosić, by mu pozwoliła zasadzić kwiaty. Ale nie mógł zdobyć się na to, a tymczasem ona odwróciła się szybko i odeszła. Nie mógł teraz myśleć o niczym innym, jak tylko o owym sadzeniu kwiatów.
— O czym rozmawiałyście? — spytał siostrę, gdy wrócili do domu.
— O niczym ważnym! — odparła.
Gdy już wszyscy spali, Torbjörn ubrał się i wyśliznął po cichu z domu. Była piękna, spokojna, ciepła noc. Chmury na niebie spiętrzały się fantastycznie, a w przerwach między nimi widniał ciemny granat usiany gwiazdami. Wydawało się, że przez owe przerwy spogląda ktoś na ziemię jakby przez okna.
Wokoło było pusto, nie spotkał żywej duszy. Tylko koniki polne ćwierkały. Odezwała się czasem z prawej strony drogi przepiórka, odpowiedziała jej druga z lewej i znowu ćwierkały koniki. Torbjörnowi wydawało się, że kroczy za nim jakaś świta śpiewaków, chociaż nie było nikogo. Las rysował się siną linią, ciemniejącą im bardziej w górę się wspinał, a wierzchołki drzew tonęły w białej mgle. Z głębi lasu dochodził bulgot zapamiętałego cietrzewia kłócącego się ze sobą samym i przeraźliwy powrzask sowy. Szumiał też gdzieś w dali wodospad, który dzisiaj właśnie roztętnił się głośniej niż zawsze. Zdawało się, że zbudził się, by podpatrywać, co Torbjörn robi tutaj po nocy. Chłopak zboczył ze zwykłej drogi, ruszył na przełaj przez pola i znalazł się niebawem w małym ogródku Synnöwe, tuż przy oknie piwnicznym. Nad nim znajdowało się okno sypialni Synnöwe. Stanął, rozejrzał się wokoło i zaczął nasłuchiwać. Ale wokół było pusto i cicho. Potem wyszukał narzędzia ogrodnicze, rydel i grabie. Jedna grządka była przekopana, ale ukończono ledwo mały kawałek. Tkwiły w tym kawałku dwa kwiatki. Widocznie Synnöwe spróbowała, jak będą wyglądały.
„Biedactwo, zmęczyło się — pomyślał — i zaprzestało roboty. To praca dla mężczyzny!”
Wziął się energicznie do dzieła. Nie czuł najmniejszej chęci do snu i nigdy żadna praca nie wydała mu się tak łatwa. Przypomniał sobie najdokładniej przepis, jak kwiatki mają być sadzone, przed oczyma stanął mu ogród plebana i wszystko zrobił, jak tam było.
Noc mijała szybko, ale nie spostrzegł tego wcale. Nie odpoczywając niemal, przekopał całą grządkę, zasadził kwiatki jeden po drugim, zmieniając ich rozmieszczenie, jeśli mu się wydawało, że tak będzie piękniej. Od czasu do czasu rzucał spojrzenie w okna, chcąc się przekonać, czy ktoś nań nie patrzy. Ale nigdzie nikogo nie spostrzegł, nie zaszczekał nawet pies. Cisza panowała zupełna aż do chwili, kiedy zaczęły piać koguty i ptaki zerwały się w lesie, pozdrawiając go wesoło.
Stał, poprawiając jeszcze i przyklepując ziemię i w tej chwili przyszły mu na myśl bajki Aslaka, że w Solbakken żyją krasnoludki i czarownice.
Spojrzał w okno Synnöwe i uśmiechnął się. Co też ona powie, gdy wstanie i spojrzy na owe kwiatki? Zrobiło się już całkiem jasno, ptaki darły się wniebogłosy, przesadził tedy płot i pośpieszył do domu. Nikt nie będzie wiedział, że był w Solbakken i pracował przez całą noc. Ta tajemnica sprawiała mu niewymowną radość.