Szybkim ruchem położyła Ingrid rękę na jego ustach i rozejrzała się niespokojnie wokoło. W tej chwili rozchyliły się gałęzie i ukazała się smukła postać. Była to Synnöwe.

— Dobry wieczór! — powiedziała.

Ingrid spojrzała na Torbjörna, jakby chciała powiedzieć: „A widzisz...”.

A on patrzył na nią, jakby jej wyrzucał: „Czemuś mi to zrobiła!”.

Żadne z nich nie zwróciło oczu na Synnöwe.

— Spocznę chwilę przy was! — powiedziała Synnöwe. — Tyle się dziś nabiegałam!

Usiadła. Torbjörn odwrócił głowę, jakby chciał zobaczyć czy tam, gdzie siada, jest sucho i wygodnie. Ingrid spoglądała z góry ku Granlien i nagle wykrzyknęła:

— Jezus, Maria! Krasula zerwała się ze sznura i wlazła prosto w koniczynę!... Ach, i druga też! To coś strasznego. Ostatni czas wypędzać bydło na hale.

I zbiegła ze wzgórza ku zagrodzie, nie żegnając się nawet. Synnöwe wstała niezwłocznie.

— Odchodzisz? — spytał Torbjörn.