— Ależ... — powtarzała Synnöwe.
Jednak nogi same poczęły skakać.
Był to tak zwany skakany, taniec norweskich górali w takcie trzyćwierciowym.
Ingrid sadziła wielkimi susami przodem, naśladując krok tancerza, Synnöwe drobiła w ślad za nią, z oczyma spuszczonymi ku ziemi.
Ingrid nuciła starą, wesołą, niemającą za grosz sensu przyśpiewkę skakanego o lisie i zającu tańczących na pustkowiu porosłym wrzosami.
— Co za uciecha! Prawda? — krzyknęła, stając zadyszana. Synnöwe śmiała się i oświadczyła, że miałaby większą ochotę na walca.
— Wybornie! — powiedziała Ingrid — nie ma żadnej przeszkody!
Zaczęła jej pokazywać, jak trzeba stawiać kroki, bo walc, jak twierdziła, to taniec bardzo trudny.
— O, uda się! — zaręczyła Synnöwe. — Byle nie zgubić taktu. — Ingrid zarządziła pierwszą próbę, a Synnöwe zaczęła też nucić z początku z cicha, a potem coraz to głośniej.
Nagle Ingrid zatrzymała się, klasnęła w dłonie i krzyknęła zdziwiona: