— Dlatego właśnie znajdziesz wszelką pomoc! — przekonywał Aslak.

Torbjörn wahał się. Ale bez pomocy nie mógł ani jechać dalej, ani wracać, więc najlepszą rzeczą było podejść niewielki kawałek do Nordhaugów. Przywiązał tedy konia i ruszył przodem, oglądając się za Aslakiem, który chwiejnym krokiem wlókł się za nim.

— Tam u diaska! — zawołał Aslak szyderczo. — W dobrym towarzystwie powracam na weselisko!

Torbjörn nie odpowiedział. Szedł szybko. Aslak zaczął śpiewać:

Dwa parobeczki swarne

Idą se na wesele!...

Była to znana, stara piosenka.

— Ale ci spieszno! — krzyczał za nim. — No... no... idź... idź!

Torbjörn nie odpowiadał wcale. Niedługo doszły go tony skocznej nuty, a w oknach wielkiego piętrowego budynku ukazały się twarze. W podwórzu ujrzał grupy żywo dyskutujących gości weselnych. Zapewne zastanawiali się, kto to może nadchodzić. Wkrótce zorientował się, że go poznano i że zauważono na polu jego konia, wóz i porozrzucane towary. Gromada wytoczyła się na podwórze, a muzyka ucichła w chwili, kiedy wkroczył w obejście.

— Oto mimowolni goście weselni! — zawołał Aslak, który krył się za Torbjörnem, nie ufając sobie.