— Boże drogi, patrzy! — zawołała. — Torbjörnie! Kochany Torbjörnie, synu mój, co oni z tobą zrobili! — pochyliła się nad nim i gładziła jego policzki, a łzy spływały nań gorące. Czuł to dobrze.

Sämund otarł oczy rękawem koszuli, odsunął łagodnie matkę i powiedział:

— Lepiej go przenieść od razu!

Podsunął ostrożnie ramię pod jego plecy, drugie pod kolana.

— Trzymaj go za głowę — polecił matce — bo jej sam pewnie nie uniesie!

Wzięła jego głowę w ręce i poszła przodem, a Sämund troskliwie stosował swe kroki do jej kroku, by nie wstrząsnąć chorym. Za chwilę leżał Torbjörn na miękkim łóżku.

Gdy go ułożono i przykryto, spytał Sämund, czy parobek odjechał.

— Jeszcze tu jest! — odparła matka pokazując na podwórze. Sämund szybko otwarł okno i zawołał:

— Jeśli wrócisz za godzinę, dostaniesz podwójną pensję na Nowy Rok! Jedź, co koń wyskoczy!

Przystąpił znów do łóżka, Torbjörn patrzył przytomnie. Ojciec spoglądał nań długo, a oczy jego napełniły się łzami.