— Wiedziałem, że się tak skończy! — powiedział, obrócił się i poszedł.

Matka siedziała na niskim stołeczku u nóg syna i płakała z cicha. Torbjörn chciał coś powiedzieć, ale uczuł, że to za wielki dla niego wysiłek, przeto milczał. Tylko oczu nie spuszczał z matki. Nigdy nie były tak piękne, połyskujące i uznał to za bardzo zły znak.

— Niech się Bóg nad tobą i nami zmiłuje! — wyszeptała. — Wiem, że Sämund nie przeżyłby dnia twojej śmierci.

Torbjörn patrzył na nią nieruchomym spojrzeniem, a twarz jego była sztywna i zmartwiała. To spojrzenie przenikało matkę do głębi duszy. Zaczęła odmawiać „Ojcze nasz”, będąc pewna, że lada chwila zakończy życie. Siedząc tak, rozważała jak bardzo kochali wszyscy w całym domu Torbjörna. Potem wstała i pchnęła posłańca do Ingrid na halę, by wracała wraz z młodszym bratem. Wydawszy to polecenie, wróciła znowu na swe miejsce przy łóżku. Patrzył na nią ciągle i wzrok ten skierował jej myśli ku rzeczom wyższym. Wzięła w rękę Biblię i powiedziała:

— Przeczytam ci głośno ustęp, to ci dobrze zrobi!

Nie mając pod ręką okularów, otworzyła książkę na rozdziale, który od czasu swych lat młodzieńczych umiała na pamięć. Była to Ewangelia św. Jana. Nie była pewna, czy chory słyszy, bo leżał bez ruchu i wpatrywał się w nią tępo. Ale czytała do końca, jeśli nie dla niego, to dla samej siebie.

Ingrid wróciła rychło, by pomóc matce w czuwaniu nad bratem. Ale Torbjörn spał teraz. Ingrid zaczęła płakać jeszcze na halach i łzy jej płynęły bez ustanku.

Myślała o Synnöwe, która jeszcze nie wiedziała o niczym.

Przyjechał lekarz i zbadał chorego. Torbjörn otrzymał głębokie pchnięcie nożem w plecy, a poza tym miał dużo ran i sińców. Doktor nie powiedział nic, a nikt nie śmiał go pytać. Sämund wszedł wraz z nim do stancji i nie spuszczał oka z jego twarzy. Wyprowadził go na podwórze, pomógł wsiąść do dwukolnej karolki i zdjął czapkę, gdy doktor powiedział, że przyjedzie następnego dnia. Wówczas zwrócił się do żony i rzekł:

— Nic nie mówi! Więc jest źle!