Synnöwe dowiedziała się zaraz nazajutrz po wypadku, że Torbjörn był na weselu w Nordhaug. Młodszy jego brat przybył z wieścią na hale, ale Ingrid nauczyła go przed wyjściem z domu, co ma powiedzieć. Synnöwe dowiedziała się więc tylko, że koń się spłoszył i Torbjörn udał się do Nordhaugów po pomoc, następnie, że doszło do sprzeczki i bójki z Knutem, który lekko ranił go nożem, ale nie ma niebezpieczeństwa, mimo iż musi leżeć w łóżku.

Tak podana wiadomość zasmuciła ją raczej niż przeraziła i smutek jej wzrastał, w miarę jak nad tym myślała. Więc znowu rozwiały się owe piękne obietnice, nie zmienił się ani na włos, a rodzice znów mu będą mieli coś do zarzucenia. Tak rozmyślała Synnöwe. Nie dopuszczała jednak myśli, by to ich mogło rozłączyć.

Wieści nierychło przedostawały się na hale, więc dopiero po kilku dniach otrzymała świeże wiadomości. Ciążyła jej bardzo niepewność, a ponieważ Ingrid nie wracała, zaczęła odczuwać obawę i domyślać się, że jest dużo gorzej niż jej mówiono. Zaprzestała śpiewania wieczorami, gdy bydło wracało do zagrody, a w nocy nie mogła sypiać, bo brakło jej towarzystwa przyjaciółki. Pewnego dnia czuła się bardzo przygnębiona, chcąc się tedy rozerwać pracą, zaczęła szorować kadzie na mleko i skopki, a na odmianę robiła serki i masło.

Ale praca jej nie szła, robiła wszystko z widocznym przymusem, tak że młodszy brat Torbjörna i drugi chłopiec przyjęty do pomocy byli pewni, że między nią a Torbjörnem musiało coś zajść, i zaczęli snuć na ten temat różne domysły.

W tydzień po odejściu Ingrid Synnöwe była jeszcze smutniejsza i bardziej przygnębiona niż zazwyczaj. Przez tak długi czas nie miała żadnej wieści. Porzuciła robotę i siadła na wzgórku, skąd roztaczał się widok na całą okolicę. Zdawało się jej, że ten widok zastąpi w pewnej mierze towarzystwo, a nie chciała pozostawać sama. Siedziała długo, na koniec ogarnęło ją znużenie, położyła się we wrzosach i zasnęła. Ale słońce dogrzewało, przeto jej sen nie był spokojny. Śniło jej się, że jest u siebie w Solbakken, w sypialni, której okno wychodzi na ogród. Kwiaty ślą upojny zapach, ale zapach to jakiś inny, nie ten, do którego nawykła. Wyjrzała przeto oknem i spostrzegła Torbjörna sadzącego na grządce wrzosy.

— Cóż to robisz, kochany Torbjörnie? — spytała.

— Kwiaty nie darzą się tutaj! — odparł i wziął się na nowo do roboty.

Żal się jej zrobiło kwiatów i poprosiła, by je przyniósł do pokoju.

— Uczynię to chętnie! — odparł, pozbierał wyjęte z ziemi kwiaty i przyniósł jej.

W tej chwili weszła matka i krzyknęła: