— Dzisiaj tak jakoś zasłabłam...

— Chodź, pomogę ci trochę, skorom tu już przyszła! — oświadczyła matka, zakasując spódnicę. — Musisz się przyzwyczaić do porządku, czy na ciebie patrzę, czy nie!

Poszła do mleczarni przodem, a Synnöwe udała się za nią powoli. Zdjęły z półek naczynia i zaczęły je szorować. Matka zbadała całe urządzenie mleczarni i wyraziła swe zadowolenie, udzielała córce ciągle rad, pouczała, jak się do czego brać, pomagała jej szorować, zamiatać i tak mijały godziny. Podczas roboty matka opowiadała szeroko i długo o przygotowaniach, by ojca wyprawić w drogę, a potem spytała, czy Synnöwe czytuje codziennie Biblię przed udaniem się na spoczynek.

— Inaczej nie będzie ci się darzyć praca przez cały dzień! — zapewniała córkę.

Gdy wszystko było gotowe, wyszły obie przed kolibę i siadły w trawie, oczekując powrotu bydła. Po chwili spytała matka, czy Ingrid wnet wróci na hale. Ale Synnöwe nie wiedziała więcej od niej samej.

— Tak teraz postępują ludzie! — westchnęła matka.

Synnöwe wiedziała, że nie ma na myśli Ingrid, ale kogoś innego. Nie śmiała jednak skierować rozmowy na upragniony temat.

— Kto nie ma Boga w sercu, tego dotyka jego palec, i to w chwili, gdy się tego najmniej spodziewa! — powiedziała matka.

Synnöwe milczała.

— Zawsze to mówiłam! Z tego chłopaka nic nie będzie! Któż widział tak postępować... pfe!