Zaciekawiło to małą Mildrid do tego stopnia, że nie dawała babce spokoju, póki ta nie opowiedziała jej historii owego marsza weselnego.

Ośmioletnia dziewczynka zrozumiała wszystko doskonale, a czego nie pojęła od razu, wyjaśniło się z biegiem czasu. Historia marsza wywarła taki wpływ na jej wiek dziecięcy jak nic innego, wpłynęła również na jej stosunek do rodziców.

Dzieci odgadują wszystko instynktem w najmłodszych nawet latach i mają dużo współczucia dla nieszczęśliwych. Mildrid pojęła, że rodzice pragną ciszy. Nie przyszło jej to z trudnością. Byli oni tak łagodni, mówili ciągle przyciszonym głosem o wielkim przyjacielu dzieci, który mieszka w niebie, że czar jakiś owiewał cały pokój.

Dzieje marsza weselnego pozwoliły jej wniknąć w cierpienia rodziców i przejścia ich życia. Tych bolesnych wspomnień nie tykała nigdy, omijała je troskliwie i stała się powściągliwa, bogobojna, prawdomówna i pracowita. Delikatności tej wyuczyła także siostrę swą, Beret, gdy ta zaczęła podrastać — bo kobiecy instynkt wychowawczy budzi się nader wcześnie w dziewczętach.

Za to gdy była z dziadkami, wybuchała w niej radość życia i żądza ruchu, które musiała kryć przed rodzicami. Tutaj śpiewano, tańczono, grano i opowiadano sobie przeróżne bajki. Dorastające dziewczęta dzieliły swój czas między kochanych, cichych, rozmodlonych rodziców a wesołych, ochoczych, szczodrobliwych dziadków. Żadna strona nie była nigdy pokrzywdzona. Często rodzice sami zachęcali córki, by szły poweselić się ze starymi, a ci znowu po zabawie odsyłali je rodzicom napominając, by się zachowywały cicho i były „rozsądne” w pokojach rodzicielskich.

Dziewczyna kilkunastoletnia biorąca w opiekę siedmioletnią siostrę i wtajemniczająca ją we wszystkie swe myśli i uczucia może być pewna zupełnego przywiązania i oddania się młodszej. Ale ta młodsza dojrzewa przed czasem skutkiem tego stosunku. Mildrid pozyskała miłość Beret, a sama nauczyła się pobłażania, towarzyskości, nabrała zdolności odczuwania innych i umiejętności pocieszania, co jest sztuką bardzo trudną.

Nie mamy nic więcej do powiedzenia o tych czasach i wracamy do Mildrid dopiero, kiedy rozpoczęła piętnasty rok życia. W onym to czasie zmarł stary Knut. Stało się to niespodziewanie i śmierć miał lekką. Niemal nie było przejścia między życiem a śmiercią. Siedział w izbie, śmiał się i żartował, a za chwilę był już nieboszczykiem.

Od tej pory całą radością Astrid był widok ukochanej Mildrid siedzącej u jej stóp na małym stołeczku. Stołeczek był już dla niej za mały, ale nawykła doń z czasów dziecięcych. Siedziała tak godzinami, a babka opowiadała jej o dziadku albo razem nuciły sławetny marsz weselny. W jego dźwiękach Astrid widziała wyraziste rysy twarzy i ciemne włosy Knuta. Śledziła go, jak szedł z bydłem na hale, jak grał na długiej drewnianej trąbie pasterskiej ów marsz, potem widziała się obok niego na wozie jadącym do kościoła. Słowem, przy dźwiękach niezapomnianych tonów odżywała znowu cała długa, szczęsna przeszłość.

Inaczej oddziaływały te tony na duszę Mildrid. Siedząc pewnego dnia u stóp Astrid dziewczyna spytała nagle samej siebie: „Czy i mnie zagrają kiedyś tego marsza?” — Od momentu, kiedy pytanie to zjawiło się w jej umyśle, z każdym dniem nabierało wyrazistości i przenikało głębiej. Marsz weselny stał się dla niej symbolem cichego, promiennego szczęścia. Widziała siebie przystrojoną w diadem ślubny, błyszczący w jasnym świetle słonecznym, który utożsamił się z całą świetlistą przyszłością, jaka stała przed nią.

Mildrid miała lat szesnaście i zadawała sobie pytanie: „Czy kiedyś przy dźwiękach tego marsza pojadę u boku jakiegoś pięknego młodzieńca?... Rodzice za mną postępują weseli... tłum ludzi śle pozdrowienia... wysiadamy... wychodzimy z owego domu, gdzie tak płakała matka... mijamy zarośnięty kwiatami grób Olego Haugena... idziemy do ołtarza szczęśliwi, upojeni... O, gdybym też kiedyś mogła ojcu i matce sprawić tyle radości!” — Jej młodociane serduszko rozkoszowało się obrazami fantazji, dumą i miłością dla biednych, posmutniałych rodziców.