Z wszystkich takich myśli nie zwierzała się siostrze. Potem przyszły nowe i coraz to nowe. Beret, która zaczynała dwunasty rok życia, spostrzegła niebawem, że jest osamotniona, że ktoś inny przejął jej prawa. Była to niedawno zaręczona krewna, osiemnastoletnia Inga, mieszkająca w sąsiedztwie.
Ile razy Beret ujrzała Mildrid i Ingę spacerujące po polach w czułym objęciu, jak to lubią czynić dziewczęta, tyle razy odczuwała taką zazdrość, że łzy spływały jej z oczu.
Mildrid zaczęła uczęszczać na naukę konfirmacyjną. Przy tej sposobności zapoznawała się z innymi dziewczętami w swym wieku i nowe znajome zjawiały się w Tingvoldzie niemal każdej niedzieli. Tingvold był dawniej dla młodzieży miejscem nader pożądanym, ale zamkniętym i niedostępnym. Jednak i teraz wpuszczano tam tylko niektóre dziewczęta, odznaczające się cichym, łagodnym usposobieniem, a Mildrid, sama będąc taka, dobierała sobie pokrewne duchem przyjaciółki.
W owym czasie młodzież lubiła śpiewać. Nie jest to bynajmniej objawem przypadkowym. Okresy rozśpiewania się młodzieży powtarzają się co pewien czas. Zjawiają się wtedy wybitni śpiewacy, którzy pociągają młodych za sobą. Dziwne może się wydać, że wśród nich znalazł się znów przedstawiciel Olego Haugena.
Nigdy nie wygaśnie sztuka ludowa tam, gdzie raz, choćby przed setkami lat, przejawiła się ogarniająca wszystkich — mężczyzn i kobiety, starych i młodych — dążność do wyrażania najistotniejszych, najbezpośredniejszych5 uczuć w śpiewie i pieśni gminnej. Choćby pieśń taka nawet ucichła, pozostanie w sercach żywa i rozbudzić ją można łacno wszędzie, gdzie się jej nie słyszy.
W dolinie Tingvoldu śpiewano i układano pieśni od niepamiętnych czasów. Ole Haugen był żywym wyrazem tego zamiłowania i nie na darmo urodził się tutaj. Dar pieśni otrzymał także jego wnuk, prawowity spadkobierca.
Syn Olego Haugena był dużo młodszy od jego córki Aslaug, która wyszła za właściciela Tingvoldu. Ona to trzymała go do chrztu już jako mężatka i matka. Po różnych zmiennych kolejach losu jako stary już człowiek otrzymał on w spadku mały kawałek ojcowskiej ziemi u podnóża gór i — dziwna rzecz — dopiero wówczas się ożenił. Miał kilkoro dzieci, a pośród nich syna, który na chrzcie otrzymał imię Jan. On to odziedziczył zdolności dziada. Na skrzypcach grywał tylko rzadko, za to śpiewał stare i układał nowe pieśni.
Skłonność ową wrodzoną powiększyła niemało okoliczność, że chociaż żył wśród ludzi doliny, mało kto znał go osobiście. Byli tacy, którzy go nigdy nie oglądali na oczy, mimo że śpiewali jego pieśni. Ojciec Jana był zawołanym myśliwym i chłopcy nie dorośli jeszcze, a już brał ich ze sobą do lasu, w góry i tam, uczepiony do jakiejś turni, uczył ich celować i strzelać. Największą radością ojca było, gdy malcy ubili zwierzynę i sami mogli pokryć wydatek na zużyty proch i śrut.
Tyle ich tylko zdołał wykształcić. Żona zmarła wkrótce po nim, a opuszczone i pozostawione same sobie dzieci musiały własnymi rękoma zarabiać na chleb powszedni. I to im się udawało. Chłopcy polowali, dziewczęta uprawiały niewielki kawałek pola u stóp góry i do rzadkości wielkich zaliczano, kiedy któreś z nich pokazało się w dolinie.
Zdarzało się to zaledwie kilka razy do roku, bo w zimie ścieżki leśne były zasypane śniegiem, a zima trwała tam długo. Do gminy udawali się jedynie po to, aby sprzedać lub wysłać upolowaną zwierzynę do zamiejscowych kupców. W lecie zarobkowali jako przewodnicy, wędrując po górach z turystami przybywającymi w te okolice.