Osiedle ich było położone najwyżej ze wszystkich i słynęło szeroko z doskonałego górskiego powietrza, bardzo korzystnego dla cierpiących na płuca i wyczerpanie nerwowe. Wiadomo, że nie ma lepszego lekarstwa na te choroby ponad górskie powietrze. Toteż z roku na rok coraz więcej gości zarówno z miasta, jak i zagranicy przybywało do Haugenów. Dobudowano kilka pokoi, a wszystkie były przepełnione.

Dzięki temu biedna do niedawna rodzina doszła w krótkim czasie do dobrobytu, a częste obcowanie z ludźmi światłymi i wykwintnymi wpłynęło bardzo dodatnio na ich zachowanie i podniosło wykształcenie. Umieli się nawet rozmówić od biedy w obcych językach. Przed kilku laty nabył Jan od rodzeństwa rodzinne osiedle, wyposażył siostry i spłacił braci, tak że całe gospodarstwo było teraz wyłączną jego własnością. W onym czasie miał dwadzieścia osiem lat.

Ani Jan, ani reszta rodzeństwa nigdy nie byli u krewnych w Tingvoldzie. Endrid i Randi nie zabraniali im przybywania do siebie, lecz nie mogli ścierpieć ani żadnej wzmianki o tych biednych krewnych, ani o marszu weselnym. Przy jakiejś sposobności dowiedział się o tym biedny ojciec Jana, a jego syn zabronił surowo rodzeństwu pokazywać się w Tingvoldzie.

Tymczasem żądne śpiewek tingvoldzkie dziewczęta marzyły ustawicznie o tym, by go poznać i wstydziły się wprost za rodziców, że unikają stosunków ze swoją ubogą rodziną. Toteż dużo chętniej i częściej niż o czymkolwiek innym rozmawiano tam o Janie, jego rodzeństwie i pieśniach.

Owego to rozśpiewanego, wesołego czasu została Mildrid konfirmowana i miała teraz około siedemnastu lat. Przedtem, a także i jakiś czas potem życie jej płynęło cicho i spokojnie, ale z wiosną zmieniło się wszystko, miano ją bowiem posłać w lecie z bydłem na hale. Udawały się tam z reguły wszystkie dziewczęta po konfirmacji. Mildrid uradowała się bardzo, zwłaszcza że ukochana jej Inga miała przebywać na hali sąsiedniej.

Beret miała towarzyszyć siostrze i podobnie jak ona cieszyła się ogromnie na pobyt w górach. Gdy obie przybyły na miejsce, Beret była oczarowana urokiem nieznanego świata, zaś Mildrid ogarnął dziwny niepokój. Zajęła się gorliwie bydłem, udojem i pracą w mleczarni, ale miała poza tym dużo wolnego czasu i nie wiedziała, co z nim zrobić. Całymi godzinami przesiadywała z Ingą, która jej opowiadała o swoim narzeczonym. Czasem słuchała chętnie, to znowu przez kilka dni unikała przyjaciółki. Gdy się Inga pokazała, radość Mildrid była wielka i zasypywała towarzyszkę czułościami, jakby chciała nagrodzić oziębłość, ale po krótkim czasie znów miała jej dość.

Z siostrą mówiła teraz rzadko i gdy Beret zadawała jej pytania, odpowiadała krótko: „Tak” lub „nie”. Biedna Beret płakała często, odchodziła do bydła i zadowalała się towarzystwem pastuchów. Mildrid czuła, że w jej stosunku do siostry coś się zepsuło, ale mimo najlepszych chęci nie umiała tego naprawić.

Pewnego dnia siedziała w pobliżu kamiennego wału okalającego halę. Młody pastuch skorzystał z jakiejś sposobności, by opuścić jałowiczki i pójść bąki zbijać, musiała tedy sama uważać na bydło. Było już około południa i słońce dogrzewało. Siedziała w cieniu pod skałą porosłą kosodrzewiną i brzeziną. Zdjęła gorset i wzięła się do roboty na drutach. Czekała na Ingę. Nagle usłyszała za sobą szelest.

„Idzie!” — pomyślała i obejrzała się.

Ale hałas był za silny, by go mogła sprawić Inga, gałęzie się rozsunęły, usłyszała ich trzask. Mildrid zerwała się pobladła i przerażona. Ujrzała coś kosmatego, wielkiego, z dwoma świecącymi punktami oczu... „To łeb niedźwiedzia!” — przebiegła jej myśl przez głowę.