Więc to ona? Co prawda, nie miał powodu żywić zbyt przyjaznych uczuć dla mieszkańców Tingvoldu i zapewne nie byłby się nawet ukłonił żadnemu z nich, gdyby to od niego zależało — ale to co miał przed sobą, wyglądało zgoła inaczej.
Patrzył zdumiony. Jak przez mgłę przyszło mu na pamięć opowiadanie ojca, o tym, jak to jej matka płakała przed ślubem...
„Może to już dziedziczne?” — pomyślał i chciał odejść.
— Przebacz! — powiedział. — Nie chciałem cię przestraszyć — dodał i ruszył w ślad za psem. Szedł stromą ścieżyną ku górnej części hali.
W chwili kiedy się odważyła spojrzeć, stanął właśnie na szczycie wzgórza i obejrzał się, chcąc ją raz jeszcze zobaczyć. Trwało to jeno moment, bo zaraz pies zaczął naszczekiwać po drugiej stronie wzgórza, przeto drgnął, chwycił strzelbę i pobiegł spiesznie.
Mildrid stała jeszcze na tym samym miejscu i patrzyła w kierunku, gdzie zniknął, gdy nagle padł strzał.
„Czyż to niedźwiedź? — pomyślała. — Więc był tak blisko?”
Wspięła się na wzgórze, gdzie on stał przed chwilą, przysłoniła oczy dłonią od słońca i spojrzała. Na poły zakryty krzakiem Jan klęczał pochylony nad wielkim niedźwiedziem.
Nie zdając sobie sprawy z tego, co czyni, podbiegła doń szybko. Uśmiechnął się, widząc, że nadchodzi i głosem cichym, właściwym ludziom, którzy żyją samotnie, opowiadał jej, jak to się stało, że mógł stracić ślad niedźwiedzia, chociaż był tak blisko. Tłumaczył jej, dlaczego również pies nie mógł zwęszyć zwierza.
Słuchała zapominając o swych głupich łzach, a on wyjął nóż, chcąc niedźwiedzia zaraz sprawić. Mięso nie miało o tej porze roku żadnej wartości, umyślił je więc zakopać, a zabrać tylko skórę.