Pomagała mu w tej pracy jak mogła. Potem pobiegła do koliby, przyniosła siekierę i rydel i chociaż bała się niedźwiedzia, a brzydki odór zapierał jej oddech, nie zaprzestała pomagać, aż wszystko było skończone.
Tymczasem nadeszło południe, a on sam zaprosił się do niej na obiad. Umył się, potem opłukał skórę, co nie było lekką pracą, a ukończywszy całą tę operację, zaczął z kolei jej pomagać gdyż spostrzegła ku wielkiemu wstydowi, że sama nie była jeszcze gotowa.
Rozmawiali o tym i owym. Mówił z łatwością, lekko, przyjemnie, a głos jego był cichy jak zawsze głos samotników. Mildrid odpowiadała krótko. Widok Jana siedzącego później naprzeciwko niej przy stole sprawiał, że nie mogła ani jeść, ani mówić. Często też zapadało milczenie. Czuła, że i on był jakiś onieśmielony. Gdy się posilił, obrócił się na stołku, nabił fajkę tytoniem i zapalił. Po chwili wstał.
— Mam daleką drogę do domu! — powiedział, wyciągając do niej rękę, i dodał:
— Czy codziennie siadujesz tam, gdziem cię dzisiaj spotkał?
Długo trzymał jej dłoń w swojej, jakby czekał odpowiedzi. Nie śmiała nań spojrzeć, a tym mniej coś powiedzieć. Naraz uczuła serdeczny uścisk.
— Dziękuję ci za dzisiejszy dzień! — rzekł łagodnym głosem i odszedł, zanim zdołała przyjść do siebie. Po chwili widziała, jak kroczy przez halę ze skórą niedźwiedzia na ramieniu, strzelbą w ręku i psem przy boku. Postać jego rysowała się na horyzoncie, bo skały leżały z boku, a szybki krok niósł go żwawo w dal. Wyszła przed dom i śledziła go oczyma, aż zniknął za jakimś drzewem.
Teraz dopiero zauważyła, że serce jej bije gwałtownie, tak gwałtownie, iż musiała przyciskać je rękami. Po chwili leżała na trawie, a przez myśl jej zaczęły się przesuwać wszystkie szczegóły onego dnia. Wspominała jak wynurzył się z krzaków, jak wyprostowany stanął przed nią. Czuła jego wyższość nad sobą, wstydem ją przejął jej strach, jej głupi płacz, widziała znów, jak stoi na szczycie wzgórza oblany słońcem, słyszała bliski strzał, widziała, jak klęczy przed nim, gdy zdejmował skórę — w uszach jej rozbrzmiewało ponownie każde jego słowo, usłyszała miękki, cichy, śpiewny głos jego i serce jej na to wspomnienie zabiło znowu żywiej. Głos ten dolatywał od strony ławki, gdzie siedział, kiedy gotowała obiad i kiedy jadł. Czuła, że i teraz nie śmiałaby patrzeć nań ni mówić i wprawiłaby go w takie samo zakłopotanie jak przedtem... że aż zamilkł. Wspomniała, co mówił, żegnając się z nią i odczuła na nowo uścisk jego dłoni. Zadrżała na to wspomnienie od stóp do głowy. Na koniec widziała, jak odchodził... odchodził...
Czy wróci? O nie! Zachowywała się niemożliwie! Jakże silne, męskie, wspaniałe było wszystko, co on czynił! Jakże niedorzecznie, głupio zachowała się ona sama! Od pierwszego krzyku z powodu psa aż do zaczerwienienia się i płaczu, od niezręczności, z jaką mu pomagała, aż do jedzenia, którego nie przygotowała dość szybko!
Wszakże nie umiała nawet odpowiadać, choć czekał i patrzył na nią zdziwiony! A najgorsze było to milczenie, kiedy pytał, czy codziennie siaduje pod tą skałą! Przecież winna była powiedzieć, że nie, że nie codziennie. Jej milczenie musiał wytłumaczyć sobie w ten sposób, że chce, że milcząco prosi go, by przyszedł i zobaczył! W ten sposób niewątpliwie tłumaczyć sobie musi całą jej niezdarność.