Ludzie upatrywali w tym wpływ złego ducha.
Tak mówi podanie. I zaprawdę bardziej od podania potwierdza się fakt, że jeszcze do dzisiejszego dnia w całej okolicy ludzie przepadają za muzyką i śpiewem, przeto w dawnych czasach zamiłowanie to musiało być nierównie większe. Nie mogłoby to trwać długo, gdyby nie zjawiał się od czasu do czasu ktoś, kto wzbogacał i utrwalał ów skarb tradycyjny. Ole Haugen musiał na tym polu położyć zasługi niepoślednie1.
Legenda powiada dalej, że marsz weselny Olego Haugena był najweselszym, jaki słyszano kiedykolwiek na świecie. Toteż para, która pierwsza przy jego dźwiękach pojechała do kościoła i nim została powitana po powrocie do domu, była najszczęśliwsza spośród wszystkich, jakie od wieków dawnych zjawiły się na ziemi. I chociaż mieszkańcy Tingvoldu z dawien dawna byli piękni i dorodni, a od tego czasu stali się jeszcze piękniejsi — to onej parze i pod tym względem należy przyznać pierwszeństwo.
Przechodzimy teraz od legendy do prawdy, na Olem Haugenie kończy się bowiem podanie, a zaczyna rzeczywista historia. Wedle niej ów marsz weselny stał się klejnotem rodzinnym, którego nie używano tak rzadko, jak to bywa z innymi klejnotami. Przeciwnie, posługiwano się nim często, to znaczy, że marsz ów w całym Tingvoldzie ciągle nucono, śpiewano, świstano, trąbiono, grano od paradnej komnaty aż do stajni, od stodół i gumien do lasu, a jedyne dziecko, jakie mieli szczęśliwi małżonkowie, było przez ojca, matkę, niańkę i resztę służby w takt owego marsza kołysane i huśtane na rękach. To samo dziecko, gdy tylko mogło wymówić czy wyśpiewać cokolwiek, samo z siebie zaczynało znowu od tegoż marsza weselnego.
Dziecko nosiło imię Astrid. Dar śpiewu był wrodzony każdemu członkowi rodziny, więc mała dziewczynka, od lat dziecięcych żywa i wesoła, niebawem po mistrzowsku wyśpiewywała tę triumfalną pieśń rodziców, wieszczącą jej samej najlepsze nadzieje na przyszłość.
Nikogo zapewne nie zdziwi, jeśli powiemy, że Astrid doszedłszy do lat dojrzałych sama zapragnęła wyszukać sobie męża. Może przesadą jest to, co powiadają o liczbie jej konkurentów — prawdą jest atoli, że bogata i urodziwa dziewczyna doszła do dwudziestu trzech lat życia i nie miała narzeczonego.
Pewnego dnia wyszło na jaw, co było powodem tego dziwnego faktu. Przed wielu laty matka Astrid wzięła do siebie wprost z gościńca opuszczone dziecko cygańskie. Co prawda chłopak nie był Cyganem, ale tak go wszyscy nazwali, a przede wszystkim Aslaug sama.
Gdy się matka dowiedziała, że ta szalona Astrid — czy ktoś może sobie wyobrazić podobne głupstwo — zaręczyła się z nim pewnego dnia w polu, rumor zrobił się straszny. Teraz wiedziano, czemu oboje śpiewali i gwizdali ustawicznie marsz weselny wszędzie, gdzie tylko byli: czy to na strychu, czy w lamusie, czy w lesie, czy na furze siana... słowem, wszędzie i ciągle, w dzień i w nocy.
Oczywiście chłopak został natychmiast wygnany z domu i okazało się, że nikt bardziej od córki komornika nie dba o przywileje rodu. A ojcu przyszły teraz na myśl owe dawne proroctwa z tego czasu, kiedy on sam zaparł się swoich tradycji rodzinnych. Rodzina miała się powiększyć o zięcia wziętego z ulicy... Straszne!
Wszyscy mieszkańcy doliny byli tegoż samego zdania.