— Prawda, jaki on śliczny?

Postawiła obiad na stole, ale sama jeść nie mogła, mimo że odczuwała potrzebę jadła i snu. Inga odeszła jak mogła najprędzej. Czuła, że Mildrid pragnie zostać sama. Po odejściu przyjaciółki rzuciła się na łóżko. Chciała odświeżyć sobie w pamięci wypadki dnia, chciała przypomnieć sobie wszystko, co mówił. Zamiast tego jednak zaczęła znowu badać swoje postępowanie i stwierdziła, że przez cały czas nie powiedziała jednego słowa... ani jednego!

Usiadła na łóżku. Cóż on sobie o niej pomyśli? Czyż nie co innego, jak to, że jest bezwolnym stworzeniem? Czyż przywiązanie jego może wobec tego długo potrwać?

Myśl ta nie pozwalała jej zasnąć. I znowu jak wczoraj usiadła przed domem.

Była przyzwyczajona zważać pilnie na swe postępowanie, a w tym, co uczyniła dziś i wczoraj, nie było za grosz zastanowienia, nawet przystojności! Wszakże należy trzymać swe uczucia w karbach. A cóż ona uczyniła? Oto oddała się bez gestu oporu człowiekowi, którego ujrzała wczoraj po raz pierwszy! On sam musi nią lada chwila pogardzić... Dlatego nie śmiała powiedzieć ni słowa nawet przyjaciółce takiej jak Inga!

Beret wróciła z pierwszym dźwiękiem dzwonków idącej z pastwiska trzody. Zastała siostrę leżącą na ziemi. Kiedy po dobrej chwili Mildrid podniosła głowę, miała oczy zapłakane i wyraz cierpienia na twarzy. Natomiast Beret była czerwona, spocona i drżała od wzburzenia.

— Co ci jest? — zawołała Mildrid.

— Nic! — odparła Beret i patrzyła tak uporczywie w oczy siostry, że Mildrid musiała spuścić wzrok. Wstała i zabrała się do roboty.

Wieczorem znalazły się razem przy stole. Mildrid przełknęła zaledwie parę łyżek, natomiast Beret jadła z wilczym apetytem. Połykała wszystko, jakby cały dzień nic nie jadła.

— Czyś dzisiaj nie jadła? — spytała Mildrid.