— Spróbuję... — powiedziała niepewnie.

Wziął ją za rękę i szalony marsz rozpoczął się na nowo. Ale zaraz spostrzegł, że w ten sposób rzecz się nie powiedzie, zdjął tedy kaftan, dał jej do trzymania, przerzucił strzelbę przez piersi i wziął ją na ręce. Nie chciała przystać na to, ale nie było innej rady, przeto zgodziła się. Niósł ją lekko i bez wysiłku, jak piórko, a ona trzymała się jego kołnierza, gdyż za nic na świecie nie zgodziłaby się objąć go za szyję.

Po pewnym czasie powiedziała, że już odpoczęła i może iść sama. Postawił ją przeto na ziemi, wziął z jej rąk kaftan i zarzucił go na lufę strzelby.

Ruszyli dalej. Przy strumieniu zatrzymali się i wypoczęli jako tako, zanim jej pozwolił ugasić pragnienie. Gdy wstała, by iść dalej, uśmiechnął się do niej i powiedział.

— Śliczna dziewczynka z ciebie!

Zaczynało zmierzchać, gdy znaleźli się na hali. Daremnie jednak szukali Mildrid na pastwisku, w szałasie i pod skałą. Na wołanie nikt nie odpowiadał i oboje zaczęli się bać o nią.

Nagle Jan spostrzegł, że pies coś obwąchuje. Pobiegli i zobaczyli, że była to chusteczka Mildrid. Jan kazał zaraz psu szukać śladu, a poczciwy i mądry Kwas rzucił się prosto drogą ku dolinie.

Pospieszyli za nim i spostrzegli, że pędzi w kierunku Tingvoldu. Czyż więc Mildrid udała się do domu? Beret zwierzyła się Janowi z nieoględnego pytania, jakie zadała siostrze, i zaczęła płakać.

— Czy iść jej śladem? — spytał.

— Tak... tak, ona była niezmiernie wzburzona! Nie wiedziała po prostu, co się z nią dzieje!