Jan, walcząc widocznie ze sobą, powiedział:
— Przyszedłem tutaj za Mildrid wyłącznie dlatego, że jeśli uczyniła źle, to winę ponoszę wyłącznie ja!
Należało koniecznie coś odpowiedzieć. Ojciec rzekł więc, że to, co się stało, stało się całkiem bez ich wiedzy, a Mildrid nie może dać im wyjaśnienia jak i dlaczego tak się stało.
Jan oświadczył, że on sam także objaśnienia tego dać nie może.
— Nie jestem smarkaczem! — powiedział. — Mam lat dwadzieścia osiem, ale tak się rzeczy mają, że dotąd na żadną dziewczynę nie zwróciłem żywszej uwagi. A jednak od chwili, kiedy ujrzałem Mildrid nie mogłem myśleć o niczym innym. Gdyby mi odmówiła, nie wiem po prostu, co by się ze mną stało!
To szczere, proste wyznanie uczyniło doskonałe wrażenie. Mildrid podskoczyła na ławie z radości, gdyż uczuła, że to stawia rzecz w całkiem odmiennym świetle. Jan miał czapkę na głowie, nie było bowiem w zwyczaju zdejmować jej w pokoju, zanim nie zaproszono, by usiąść. Ale Jan mimo woli zdjął czapkę, zawiesił ją na strzelbie i położył na niej rękę. W całym jego zachowaniu było coś, co zmuszało do uprzejmości.
— Mildrid jeszcze taka młoda! — powiedziała matka. — Nie sądziliśmy wcale, że uczyni coś podobnego.
— To może prawda! — odrzekł. — Za to ja jestem dużo starszy i moje gospodarstwo nie jest wielkie. Nie sprawi jej dużo trudu. Przy tym znajdzie zawsze chętną pomoc!
Rodzice spojrzeli na siebie, potem na Mildrid, a w końcu na niego.
— Więc myślisz, że pójdzie z tobą... do twego domu? — spytał ojciec podejrzliwie, niemal szyderczo.