Nie chciała mówić więcej przy córce, ale Mildrid nie mogła się teraz powstrzymać.
— Nie opuszczę was... nie chcę wam sprawiać zmartwienia!... Ale nie mogłam uczynić inaczej... nie, wierzcie mi... nie mogłam!
Rzuciła się na stół, oparła głowę na ramieniu i zaczęła płakać.
Żadne z rodziców nie śmiało odezwać się słowem wobec skruchy, jaką Mildrid odczuwała w tej chwili. Nastało milczenie. I mogłoby trwać nie wiedzieć jak długo, gdyby nie to, że Jan, patrząc ze swego stanowiska, na widok Mildrid opierającej o stół głowę poznał, iż teraz czas pośpieszyć z pomocą.
Za chwilę rozległy się jego kroki w sieni. Zapukał, ale nikt nie zaprosił go, by wszedł. Mildrid wstała zarumieniona, drzwi się otwarły i ukazał się Jan ze strzelbą w ręku, blady, ale spokojny. Wszedł, zamknął za sobą drzwi, a pies przybiegł do Mildrid, machając wesoło ogonem. Jan był zbyt poruszony, by zauważyć, że pies wszedł również do izby.
— Dzień dobry! — powiedział.
Mildrid usiadła z powrotem i odetchnęła z głębi piersi. Odczuła ogromną ulgę. Strach, wyrzuty sumienia — wszystko się gdzieś podziało. Wiedziała teraz, że uczyniła dobrze, że tak się stać musiało! Teraz niech będzie co chce!
Nikt nie oddał pozdrowienia, nikt też nie prosił Jana, by usiadł.
— Jestem Jan Haugen! — powiedział spokojnie. Oparł kolbę strzelby na podłodze i położył dłoń na lufie.
Rodzice rzucali na siebie spojrzenia.