— Jeśli rodzina z Tingvoldu nie troszczyła się o mieszkańców Haug, nie nasza w tym wina. Byliśmy, co prawda, aż po ostatnie lata biedakami!
Leżał w tych słowach wyrzut słuszny. Wszyscy troje odczuli dobrze, że był słuszny. Ale zajęci swymi cierpieniami nie przypuszczali ani na chwilę, że zaniedbują ciążący na nich obowiązek. Nie byli zresztą sprawcami niedoli Haugenów. Mimo to zawstydzeni spuścili oboje oczy.
Jan mówił spokojnie, chociaż słowa Randi musiały go bardzo dotknąć. Rodzice odczuli, że mają przed sobą zacnego i dzielnego człowieka i że winni uczynić coś, co by mu było nagrodą za doznaną krzywdę.
Ojciec rzekł tedy:
— Zostaw nam, chłopcze, trochę czasu do namysłu. Wszakże możesz zostać i zjeść z nami obiad? Pomówimy o wszystkim spokojnie...
— Prosimy — dodała matka — chodź bliżej i usiądź!
Oboje wstali, jak przystało gospodarzom wobec gościa, a Jan odstawił strzelbę wraz z czapką i usiadł na ławie obok Mildrid. Ona zerwała się zaraz, nie wiadomo dlaczego.
Matka powiedziała, że musi iść do kuchni, a ojciec miał taką minę, jakby też chciał odchodzić. Ale Mildrid nie zamierzała zostać z Janem sama, póki rodzice nie dadzą zezwolenia. Zwróciła się tedy ku drzwiom bocznym i udała się do mieszkania babki. Ojciec nie mógł wobec tego opuścić gościa, przeto usiadł z powrotem. Zaczęli rozmawiać o rzeczach ubocznych, o polowaniu, gospodarstwie, turystach, zarobkach i ojciec nabierał coraz lepszego wyobrażenia o dobrobycie Jana. Matka, wchodząc od czasu do czasu, słyszała także to i owo. Oboje pozbyli się pierwszych obaw i zadawali pytania, a Jan odpowiadał szczegółowo i po prostu.
Pełne godności zachowanie się Jana ujęło ich podczas obiadu. Byli sami. Parobcy zazwyczaj jadali razem z gospodarzami, dzisiaj ojciec nie chciał im go jeszcze pokazywać, przeto zastawiono jedzenie w świetlicy. Wszystko co Jan czynił i mówił składało się na bardzo dodatnie wrażenie ogólne i Mildrid była uszczęśliwiona, ale wysokie napięcie panujące przez cały czas stało się w końcu dla niej niemożliwe do zniesienia i po obiedzie poszła znowu do babki.
Mężczyźni przeszli się potem po ogrodzie, ale ojciec manewrował tak, by ani parobcy, ani babka nie mogli Jana zobaczyć. Wrócili znów do izby. Matka skończyła robotę i przyszła także. Rozmowa stawała się z każdą chwilą poufniejsza, a w końcu, już o zmierzchu, zdobyła się matka na odwagę i zapytała, jak się... to... stało, gdyż Mildrid nie umiała nic powiedzieć. Może powodowała nią czysto kobieca ciekawość, ale Janowi to pytanie było bardzo na rękę.