Nie opowiedział o pierwszym spotkaniu, gdyż nie był w stanie, natomiast szeroko rozwodził się nad dniem wczorajszym. Dowiedzieli się tedy, że Mildrid trapiły straszne wyrzuty; że nie jadła i nie spała; dalej, że Beret przyszła po niego aż do Haug, opisywał forsowny marsz, wyprawę Mildrid, jej odnalezienie, gdy znużona legła na trawie i zasnęła, powtarzał z naciskiem, jak bardzo zależało dziewczynie na zezwoleniu rodziców...
Słuchali wzruszeni, poznając w tym, co czyniła, swoją ukochaną córkę, i nabrali przekonania, że byli dla niej zbyt surowi.
Opowiadając o Mildrid mimo woli opowiadał Jan także i o sobie, a z każdego słowa wynikało, iż ją bardzo kocha. To uradowało wielce rodziców. Odczuł to i radość ich sprawiła mu wielką uciechę, a oni, zaskoczeni wprost tą śmiałością i prostotą, zaczęli nań spoglądać tak życzliwie, jakby już przyjęli jego konkury i dali swe zezwolenie.
— Pewnie już nie pytając nas wcale — rzekła żartobliwie matka — poczyniliście wszystkie przygotowania do wesela!
Ojciec roześmiał się, a Jan, miast odpowiedzieć, zanucił pierwsze takty rodzinnego marsza weselnego.
Ale w tej chwili spojrzał przypadkowo na matkę i spostrzegł ze zdziwieniem, że zbladła jak ściana. Zrozumiał zaraz, że uczynił coś niestosownego. Przeraził się na dobre, gdy Randi coraz to bardziej niespokojna wyszła na koniec z izby. Wstał również i chciał iść za nią prosić o przebaczenie.
— Coś, widać, złego uczyniłem? — spytał ojca.
— Nie znasz jej dobrze, chłopcze!
— Może lepiej pójdę zaraz i załagodzę niewłaściwy postępek? — spytał.
Endrid nabrał doń takiego zaufania, że bez wahania zwrócił się i rzekł: