— Nie, chłopcze drogi! Zostaw ją w spokoju! Musi to sama ze sobą przewalczyć! Znam ja ją dobrze!
Jan czując, że tonie u samego portu, posmutniał bardzo i siedział jak na szpilkach, mimo że Endrid starał się usilnie usunąć z jego pamięci niefortunne zajście.
A Randi siedziała na kamiennych schodach z twarzą ukrytą w dłoniach i płakała. Przed oczyma stanęło całe jej życie. Ona nie oddała się jak córka bez namysłu człowiekowi ukochanemu i wstyd, jaki ją spotkał, był zasłużoną karą. Siedziała długo targana najsprzeczniejszymi uczuciami, od żalu i buntu aż do cichej skruchy. Siedziała długo, długo, potem wstała, podeszła do drzwi babki i zawołała:
— Mildrid! Chodź tu, dziecko!
A gdy zaniepokojona córka wybiegła, pochwyciła ją w objęcia, przytuliła do piersi i powiedziała, łkając:
— Niech cię Bóg błogosławi i nagrodzi, boś dobrze uczyniła!
Mężczyźni zobaczyli je idące razem ku świetlicy. Szły tak śpiesznie, że od razu przeczuli, iż zaszło coś ważnego. Drzwi się rozwarły, weszły, a Randi zamiast zwrócić się do Jana i oddać mu córkę, przyciągnęła ją raz jeszcze do siebie i wyszeptała:
— Niech cię Bóg błogosławi i nagrodzi... gdyż dobrze uczyniłaś!
W chwilę potem znaleźli się wszyscy czworo w mieszkaniu babki, która była w jak najlepszym usposobieniu. Od samego początku wiedziała przez służące, kim jest Jan Haugen i uznała ten związek za zrządzenie Opatrzności oraz łaskę boską okazaną synowi i jego żonie. Od razu powiedziała Janowi w oczy, że jest ślicznym chłopcem i radość zapanowała niezmącona, a dzień skończył się odczytaniem rozdziału Biblii zaczynającego się od słów: „Oto Pan był dzisiaj w domostwie naszym...”