— Czy pan widział dzieci?

— Tak, odparłem, i wtrąciłem parę słów, o ich naturalnej prostocie i o podobieństwie do obu rodzin.

— To źle, — wtrącił Atlung, — że obie rodziny mają stosunkowo zanadto rozwiniętą wyobraźnię. Jest coś miękkiego w tych charakterach i to właśnie odziedziczyli nasi chłopcy. Przed dwoma tygodniami np. odegrał się tu smutny dramat. Towarzysz zabaw naszych chłopców utopił się w stawie rybnym. Co dzieci z tej historyi, naturalnie przy pomocy Stiny, zrobiły, to jest istotnie niepojęte. Dziś jeszcze o tem myślałem; właściwie nic nie powiedziałem, bo w gruncie rzeczy to dość zabawne i nie chciałem Stinie robić wymówek, ale jednak to było okropnie głupie. Stanowczo, Amelio, lepiej będzie oddać ich do szkoły, niż pozwolić, aby poddawali się tak wszelkim wrażeniom.

Żona nie odpowiedziała. O jedzeniu znów zapomniał. Po chwili wziął kęsek, ale w sekundę już nie pamiętał, że go trzyma na widelcu. I tak przy obiedzie siedzieliśmy przeszło godzinę, przyczem Atlung rozbierał i cytował Spencera „O wychowaniu”, nie bacząc na to, że ja zadałem mu pytanie, czy go czytał, z czego wnosić należało, że sam chyba również przestudyowałem go dokładnie. Punkt po punkcie cytował ustępy z książki i robił przytem swoje uwagi. Między innemi te, że jeśli według Spencera nauka o wychowaniu powinna być wprowadzoną do szkół, jako jeden z najważniejszych przedmiotów, to jednakże, bardzo wielu nie zdobędzie talentu wychowywania dzieci, bo to stanowczo jest talentem, który bardzo niewiele osób istotnie posiada.

On ze swojej strony chciał, jak tylko dzieci będą już dość duże, posłać je do pewnej pani, która, zdaniem jego, talent ten posiada. Mówił o tem, jakgdyby to była rzecz oddawna postanowiona. Zdziwiłem się, że nie mówiła mi nic o tem, gdyśmy przed przyjściem męża, mówili o wychowaniu dzieci.

Naraz Atlung chwycił za zegarek i przypomniał sobie, że musi się jeszcze spotkać z Hartmanem, swoim dysponentem, przeprosił mnie i wybiegł.

Droga do miasta, końmi, z wypoczynkiem, trwać musiała kilka godzin; przypuszczałem, że zostanę nie w porę, i postanowiłem pożegnać się po kawie. Pani Atlung przeprosiła mnie, że musi zaglądnąć do kuchni, a ja chciałem się trochę rozejrzeć po podwórku.

Na schodach doszedł mnie głośny śmiech dzieci, a za nim w ślad wymysł taki, że nie mogło mi się w głowie pomieścić, żeby mógł być przez dzieci pomyślany, a cóż dopiero głośno na podwórzu wypowiedziany.

Najprzód wymówił go starszy, a za nim młodszy. Chłopcy stali na dworze, a wymysł ów tyczył się dziewczynki, stojącej w szopie i zajętej oczyszczaniem sani.

Po chwili chłopcy krzyknęli drugi wymysł, gorszy jeszcze, niż poprzedni, a potem posypały się coraz gorsze wymyślania, którym towarzyszyły wybuchy śmiechu. Jasnem było, że im ktoś trzeci podpowiadał. Dziewczynka milczała, spoglądając tylko na kogoś, co stał po za nimi w remizie.