— Tak, tak, masz pan słuszność! Ktoby to był pomyślał! — odparła i zamyśliła się głęboko.

— Powiedzieliście przedtem, Stino, że byłem surowym względem was, a ja jednak nic innego nie uczyniłem, tylko przypomniałem wam o tej nadziei, którą wpoiliście w chłopców. Uczyliście ich bo przecież, że jest lepiej, o wiele lepiej u Boga, niż tutaj; że lepiej dostać skrzydła i zostać aniołem; bo to jest najszczytniejsze, co dziecko osiągnąć może. Tak, że anioły same przyjdą i zabiorą nieszczęśliwe dzieci.

— O, jakże byłam nierozważną, jakże mogłam!

— Czyż nie wierzycie w to sami?

— Naturalnie, że wierzę. Ale ta myśl, była często w życiu jedyną pociechą dla mnie.

I w sposób wzruszający, opowiedziała mi, że głowa jej nie jest już tak mocną jak przedtem, że tyle cierpiała i płakała, i że jedyną jej pociechą jest właśnie nadzieja na lepsze życie.

Tymczasem rozpaczliwe nawoływania Atlunga powtarzały się od czasu do czasu.

I nagle przypomniały nam one okrutną rzeczywistość, że nie znaleźliśmy jeszcze dotąd dzieci, a czem dłużej to trwało, tem pewniejsi byliśmy, że jeśli ocalimy ich od śmierci, to przynajmniej nie unikną ciężkiej choroby.

Śnieg padał ciągle, tak, że pomimo księżyca ruszaliśmy się jak we mgle.

Naraz śród mgły i ciszy, usłyszeliśmy jakieś głosy, ale to nie był krzyk Atlunga; nie mogłem odróżnić wyrazów, ale zaraz usłyszeliśmy znów jakieś nawoływanie, potem jeszcze i jeszcze inne, i wreszcie ostatni, wyraźny okrzyk: