— Brak mi jeszcze jednego wyjaśnienia, — szepnąłem Stinie. — Jeżeli kwestya pozostania dzieci przy matce, zależną była od śmierci tego nieszczęśliwego dziecka, Janka, w takim razie i ten wielki spadek śniegu, który przed chwilą widzieliśmy, wchodzić tu w grę musi, tylko nie mogę jeszcze sobie zdać sprawy, w jaki sposób?
— Spadek śniegu? Ależ to był chyba czysty przypadek?
— A więc istnieją przypadki?
— Tak, — odparła spokojnie. — Przypadek odgrywa nieraz wielką rolę, ale tu nie zastanawiam się dlaczego? To przecież wielka łaska Boska, że to, co widzę, widzieć mogę, dlaczegóż mam żądać więcej?
— Co pan myśli z tym śniegiem? — spytała wreszcie zcicha.
— Powiem wam to, Stino. Pani Atlung, na krótko przed naszem przyjściem do lasu powiedziała mi, że nadzieja nieśmiertelności spada z nieba na nasze dusze, tak samo biało, cicho i miękko, jak śnieg na nagą ziemię.
— O, jakie to piękne słowa!
— A kiedy cały las drżał i strząsał z siebie śnieg, o, proszę, nie gniewajcie się, pomyślałem sobie, że nadzieja nieśmiertelności, tak ze strony pani Atlung, jak waszej, i nas wszystkich opadła w wielkiej trwodze o życie dzieci. Biegaliśmy ze łzami wściekłości niemal, że dzieci oderwane zostały od życia, albo że wypadki, tu, na ziemi, postawiły je u progu wieczności.
— O mój Boże, tak!
— Ale ludzkość, widzicie, miała nadzieję nieśmiertelności przez wiele tysięcy lat, bo jest starszą, o wiele starszą od chrześcijaństwa, a jednak nie postąpiliśmy naprzód w tym kierunku.