— O! — odparła, — Bóg tak wyraźnie do mnie przemówił! Teraz znajdziemy chłopców! Teraz wiem już, dlaczego to się wszystko stało, wiem tak dokładnie!

I jej oczy Madonny jaśniała jakimś blaskiem niepospolitym, a na delikatną, bladą twarz, wystąpił wyraz zachwytu.

— Cóż to takiego, Stino?

— Był pan poprzednio, względem mnie bardzo surowy, słyszałam co pan mówił pani o mnie; ale ja to panu przebaczam. Mój Boże, czyż i ja sama nie zgrzeszyłam? Czyż nie zwątpiłam o Bogu? Czyż nie szemrałam przeciw Niemu? O, drogi Jego są cudowne! Tak jasno to teraz widzę!

— Ale cóż takiego?

— Co? Pani Atlung od pół roku prosi Boga o jedną tylko łaskę, a my dopomagaliśmy jej w tem: aby dzieci z nią nie rozłączono. Mąż ciągle jej tem groził. Gdyby nie nieszczęście dzisiejsze, byłoby się to napewno stało. Ale Bóg ją wysłuchał, może i ja byłam narzędziem w jego ręku i śmierć małego Janka, tak, napewno. Czyż pan wątpi o tem?

— Ale jeżeli dzieci rozchorują się, a stanie się to niewątpliwie?

— Wtedy rodzice oboje będą czuwali nad niemi i nigdy już, nigdy nie przyjdzie im do głowy rozstawać się z niemi. Przekona się wtedy Atlung, że toby ją zabiło. Bo już dziś to widzi; tak, tak, przysiągł jej to uroczyście.

Mówiła to wszystko szeptem, ale pewnym i stanowczym głosem.

Rozeszliśmy się znowu, lecz spotykaliśmy się częściej, bo przepaść, nad którą szliśmy, uniemożliwiała w tej stronie dalsze poszukiwania.