— Idźmy dalej i szukajmy! — zawołał Atlung wzruszony; lecz zanim ruszyliśmy, prosił o chwilę ciszy i zawołał:
— Antosiu! Stormie! Powróćcie do tatki i do mamy!
Odpowiedzi nie było żadnej. Staliśmy jeszcze przez chwilę w milczeniu. Cisza. Wziąwszy żonę pod rękę, z opuszczoną głową puścił się za nami dalej w drogę.
VI
Doszedłszy do skraju lasu, rozdzieliliśmy się, ale w ten sposób, by się módz wzajemnie widzieć i słyszeć.
Zagłębialiśmy się w lesie, ale bardzo wolno, gdyż cały śnieg z drzew leżał teraz pod nami, grubą warstwą, pokrywając dawniej już leżący. W niektórych miejscach był tak gęsty, że brnęliśmy w nim po kolana.
Kiedyśmy, uszedłszy kawał drogi, zebrali się, ażeby się znów za chwilę rozejść, spytałem, czy to możebne, ażeby dwaj malcy wytrzymali w lesie, gdy się zciemniło. Lecz na to odpowiedzieli mi wszyscy, że chłopcy byli do tego przyzwyczajeni, że cały dzień, a nawet wieczorem bawili się zawsze w lesie. Tutaj spotykali innych chłopców, co sobie ze śniegu robili ludzi, budowali fortece, domy, w których często nawet, wewnątrz, ze światłem przesiadywali.
Opowiadania te poddały nam myśl, czy chłopcy przypadkiem i dziś czegoś podobnego nie zrobili i nie poszli szukać swoich przyjaciół.
Ale nikt nie wiedział, w jakiej by to stronie być mogło, ponieważ śnieg upadł bardzo niedawno. Ruszyliśmy tedy dalej, każde w swoją stronę.
Niespodzianie, kiedy uszedłem kilkadziesiąt kroków, spotkałem się ze Stiną; zbliżyliśmy się do siebie. Zauważyłem, że była w zupełnie innem usposobieniu. Spytałem jej o przyczynę.