Rozległ się chrzęst i szelest dokoła nas, i zanim zdążyliśmy zdać sobie sprawę z tego, co się dzieje, naraz sąsiednie drzewo zrzuciło śnieg ze wszystkich swych gałęzi. Ciśnienie powietrza było tak silne, że dwa, pięć, sześć, dziesięć, dwadzieścia drzew z gwałtownym hałasem oswobadzało się od ciężaru. Za jedną grupą szły inne, jedne za drugiemi, tuż, koło nas, przed nami, zdala od nas. Cały las drżał, z oddali dochodził groźny odgłos grzmotu, wszystko dokoła stało w bieli mglistych oparów.
Lęk ogarnął nas początkowo, na odgłos potężnego ryku; zwolna jednak, gdy oddalał się od nas i rósł, potężniał, zapomnieliśmy o wszystkiem.
Drzewa stały znów smukłe, swobodne, cudnie zielone. My wyglądaliśmy, jak ludzie ze śniegu, wszystkie latarnie pogasły.
Zapaliliśmy jej na nowo i strząsnęli śnieg ze siebie.
— A gdyby tak dzieci ten śnieg przysypał! — z niewymowną trwogą zawołała matka.
Uspokajali ją, że to w żadnym razie zaszkodzić by im nie mogło. Najwyżej mogły upaść i nie módz iść dalej, w końcu jednak wygrzebałyby się niezawodnie.
Nagle Atlung zawołał:
— Cicho!
Przeszło minutę nikt nie śmiał odetchnąć, nasłuchiwaliśmy, ale nic nie słyszeliśmy, prócz zdala jeszcze szemrzących gałęzi.
Jeżeli dzieci znajdowały się na skraju lasu, to niepodobna było, aby z miejsca, w którem się znajdowaliśmy słyszeli nasze wołania. Po obu stronach wszak były brzegi strumienia, wyższe od grobli, gdzieśmy się znajdowali.