— Co teraz robić? Gdzie szukać? — odezwał się Atlung. Zbliżyłem się i powtórzyłem znów rodzicom moje przypuszczenie, czy nie siedzą gdzie, pod jakiem wielkiem drzewem i czekają na litościwych aniołów.

Atlung zwrócił się tymczasem do ludzi, stojących koło grobli i zapytał, czy dzieci miały jakie płaszczyki, gdy ich ostatni raz widziano. Odparli przecząco, jak również że i czapeczek nie widzieli na ich główkach.

Śród ludzi słychać było głośny płacz i łkanie. Było ich tam ze dwudziestu. Atlung zawołał.

— Musimy cały park przeszukać, i okolicę; zaczniemy od placów roboczych.

Spojrzałem przed siebie. Masy drzew, pokrytych śniegiem, czyniły wrażenie lasu skamieniałego.

— Krzyknij głośno! — prosiła Atlunga żona.

Uszedł kilka kroków. Wśród ciszy rozległ się głos jego:

— Antosiu! Stormie! Chodźcie do tatki, i do mamy. Tatko już się nie gniewa!

Poruszyło się powietrze, czy spadł śnieg ostatni właśnie i pochylił gałąź, czy ktoś się zbliżył do niej zbytnio — dość, że Atlungowi w odpowiedzi spadł tuż płat biały z wielkiej gałęzi i głuchy łoskot jak echo zadźwięczał w całym lesie.

Gałąź, oswobodzona od ciężaru podniosła się szybko i istny tuman śniegu powstał ponad nami, przy wstrząśnieniu tem bowiem, wszystkie gałęzie zrzucać zaczęły z siebie białe ciężary.