Zwierzyłem się Stinie z moich myśli, lecz szepnęła mi tylko rozpaczliwie:
— Módl się pan ze mną, módl się pan!
— O co mam się modlić? Żeby chłopcy umarli i poszli do nieba i zostali aniołami?
Spojrzała na mnie przerażona, odwróciła się, i kroczyła już dalej w najgłębszem milczeniu.
Szliśmy przez las, drogą prowadzącą do stawu o ile uprzytomniłem to sobie z opowiadania małego Janka, zanim dotarliśmy do niego, musieliśmy przejść większą część parku, do miejsca, w którem rozlewał się strumień i urządzona była grobla; żeby znów dojść do stawu, trzeba było przejść groblę.
Stina szła wciąż naprzód, a przeszedłszy groblę i zobaczywszy oboje rodziców na tem samem miejscu, uklękła i płakała. Ogarnął mnie żal szczery.
Z za lasu doszły nas głosy ludzi, nadchodzących z latarkami.
— Niema dziury w stawie! — zapewnił nareszcie głos Atlunga, a w ślad za nim, usłyszeliśmy okrzyk Stiny:
— Niechaj Pan Bóg będzie pochwalony!
Nad groblą jednak oboje małżonkowie stali bez ruchu, trzymając się w objęciach. Pobiegłem do nich. Pani Atlung obejmowała ramionami szyję męża, a on stał ku niej pochylony. Zatrzymałem się nieopodal, bo coś do siebie szeptali. Dopiero oprzytomnieli, widząc światło latarni.