— Stino! — krzyknął Atlung.
Był to krzyk najboleśniejszy, jaki kiedykolwiek słyszałem, i wybiegł nagle, a za nim żona, wołając go po imieniu.
— Przynieście latarnie, — zawołał do ludzi w jadalni.
Wyszedłem i ja, i wziąwszy kapelusz, zwróciłem się do Stiny.
— Chodź ze mną i pokaż gdzie to jest.
Bez odpowiedzi, nieświadoma może swych czynów, poszła naprzód ze złożonemi jak do modlitwy dłońmi, szepcząc półgłosem słowa:
— Boże litościwy! Jezusie zlituj się nad nami! Boże miłościwy!
Tak przeszliśmy podwórze, i popędzili przez ogród do parku.
Zimno nie było, tylko śnieg padał. Jak we śnie szedłem śród mgły śnieżnej, za tą wysoką, modlącą się postacią.
Zkąd mi przyszło do głowy, żeby wskazać na staw, niewiem, ale w takich razach ustaje wszelki rozsądek. Przypomniała mi się rozmowa z dziećmi o aniołkach i o biednym Janku. A jeżeli nie poszły nad staw, to może są gdzieindziej; przyjaciel ich Janek, miał dostać dziś skrzydła i pójść do swego ojca; siedzą więc gdzie może pod jakiem drzewem i czekają, a w takim razie zmarznąć mogą. I widziałem przed sobą dwoje dzieci, nie mogących powrócić do domu.