Waliców buchał zgiełkiem, wrzaskliwym lamentem. Cmentarny wóz jeździł tamtędy codziennie i ogołocone ze zwłok chodniki zapełniali wciąż nowi charłacy. Bezwstydnie podciągali szmaty i pragnąc poruszyć serca przechodniów, zmusić je do litości, pokazywali kikuty przeżarte ropniami od kostek do bioder. Pewnego dnia Eliasz szedł za wozem wołając:

— Kijów padł!

Charłacy zerwali się z miejsc. W ciszy, jaka zaległa, Fajwel Szafran wyszedł ze swej nory i przyciskając oburącz blaszankę, zbliżył się do tragarza.

— A Mińsk?

— Zdobyty.

— Charków?

— Wzięty.

— W ten sposób front został wyrównany.

Rudy kantor zamachał krótkim, wystrzępionym rękawem i widać było, jak zaciska suchą pięść.

— Przekleństwo faszystom, przekleństwo — mruczał. — Przekleństwo, śmierć im. Teraz i na wieki. Amen.