W milczeniu rozchodzili się, ustępując z drogi, puszczając załadowany wóz Eliasza. W ogonku przed kuchnią gminną jeden drugiemu przekazywał już wieść z frontu, a zanim Fajwel Szafran zdążył wrócić z blaszanką zupy w ruiny, kamienica na Krochmalnej była o wszystkim powiadomiona. Mówiono szeptem. Długi Icchok, przebiegając tamtędy, wrzasnął:
— Małka, Małka, zadrzyj kieckę!
Stała pośrodku zaułka w białej, brudnej sukience na liliowym spodzie, który prześwitywał przez przejrzystą gazę. Na jej szyi i suchych ramionach wyleniały rudy lisek wisiał pyszczkiem do ziemi. Sztywno podeszła do Lejbusia, wetknęła mu w rękę menażkę i pogładziła po ostrzyżonej, szarej głowie.
— Rybeńko, zrobisz to dla mnie? Stań w ogonku i wykup zupkę. Mnie tak nogi bolą.
Lejbuś skrzywił się i powiedział sucho:
— Małka, a co za to dostanę?
— Resztę ze złotego.
Podreptał do ogonka, a Małka stanęła, zastawiwszy widok na ulicę. Wśród żebraków rozległo się psykacie. Rudy kantor wściekle potrząsał krótkimi rękawami. — Precz, precz, nieczysta kobieto.
Długi Icchok wołał:
— Małka, gdzie masz kawalera? Hrabia Grandi ci się kłania. Skąd te kwiatki?