— Kiedy baldachim upadł, było mi strasznie. Myślałam, że zapadnę się pod ziemię. — Matka przykłada dłoń do policzka i pochyla głowę. — I... i takie ciemne ciasto upiekłam na ten dzień. Po rozkrojeniu został tylko gruby zakalec. Okropnie mi było wstyd, żal. Sama nie wiedziałam, dlaczego.
— Szmuel dokuczał, krzywił się, jak on: „Co za chała? To ma być chała?”. A ojciec nas bronił: „Kiedy chała na stole, nie pytaj, z jakiej mąki. Jedz, Szmuelu!”. No i musiał zjeść.
— Każdy zjadł po trochu ten zakalec. — Unosi głowę. — Ale jednego ci do śmierci nie wybaczę.
— Czego?
— Ile czasu minęło, zanim do wesela doszło?
— A?
— Zwlekałeś, zwlekałeś, a ja czekałam jak głupia.
— Znowu? Miałem przecież terminową robotę u starego Lewina! Trzeba było najpierw się z tym uporać. Chcesz cały stołowy urządzić w pięć minut?
— Tak, tak. Osiem krzeseł, dwa fotele, stół.
— I kanapka! Fornir sykomora, gięty dąb. Wtedy sykomora była bardzo, bardzo w modzie. Widzę jak dziś. Obicia, czerwony brokat ze złotą krepinką! Nieczęsto taka robota się trafia. A potem...