— Co ja robię, zwariowałam, za darmo oddaję. Ludzie, do mnie.

Fajga śpiewnie powtarzała:

— Bakalie tureckie. Brać, przebrać. Na sztuki, na wagę.

Bakalie leżały na stołku, w bramie. Fajga wyłożyła świeży karton prasowanego maku z cukrem, łuskane orzechy powleczone brunatnym syropem, draże, ciągutki, nugaty.

W jakim kotle, jaka wiedźma, przy pomocy jakich zaklęć, czarów, jadów pitrasiła te paskudztwa?

— Sama słodycz. — Przytupywała za stołkiem, a męskie pantofle na jej stopach, obszerne i rozczłapane, jak dziurawe łodzie dryfowały w kałuży.

— Fajga, a na czym smażysz pączki?

— Ty rozumiesz, a ja wiem. — Wyjęła nogę z buta i pod stołkiem widać było, jak pociera palcami chudą włochatą łydkę.

Zyga stał przed nią brudny, uśmiechnięty. — Na wszawym łoju? Na szczurzym sadle? Co, Fajga?

— Zdechlaku — zawołała Buba od straganu z drzewem opałowym, karbidem i koksem. — Masz pusty bandzioch, gołą kieszeń, wszawicę na łbie i jeszcze tutaj pyskujesz!