Fajga wetknęła stopę do luźnego buta, pochyliła się nad stołkiem i syknęła:
— Rybi kłaku!
— Prukwa na kaczych łapach!
Sura od swojego wózka z brukwią, rzepą, burakami powiedziała cicho i łagodnie:
— Szmaja.
— Czego? — Zyga odwrócił się, rozbrojony. Na jej szarych, rozciągniętych szeroko ustach czaił się krzywy uśmiech.
— Szmaja, powiedz no, złotko moje, a kradniesz też lewą ręką?
— O, pocałuj mnie, wiesz gdzie, i zakręć korbą z drugiej strony.
— Co?
Przekupki śmiały się chórem.