— Surełe, oj Surełe, bo nie mogę. — Buba ostro popiskiwała z uciechy. Trzęsąc głową i burząc wysoki fiok dawała znaki Surze. Fajga załzawione ze szczęścia oczy wycierała fartuchem, smarcząc na ziemię i dwoma palcami ściskając nos. A Sura, sztywna i nieporuszona, stała w milczeniu z tym swoim krzywym uśmiechem na szarych ustach.
— Co takiego, Szmaja? A, rozumiem. Rozumiem, tylko pojąć nie mogę.
Z pomocą biegł Elijahu zwabiony krzykiem, donośnym śmiechem. I jak gdyby nigdy nic:
— Co słychać?
— Przekupki nie chcą zdychać.
Bez pośpiechu szli na drugi koniec uliczki, ująwszy się za ramiona. Handlarki wracały do swych monotonnych nawoływań, dalej zaczepiały przechodzących żebraków.
— Wszystko to jest klej na wodzie, pic i fotomontaż. Kręcisz się tutaj — mówił Elijahu. — I co? Fajga, ta stara ropucha, krochmal smaży z melasą na oleju rzepakowym i zawija w błyszczący papier! Paskudztwo. Chodźcie lepiej ze mną, zapolujemy na koty.
— Nie mów. Z gołymi rękami?
Długo szeptali. Elijahu wytykał palcem.
— Albinos, idziesz?