— Idę.

— Szmaja, idziesz?

— Nie.

— To nie. Bierzemy worek, drąg i łopatę. Jazda.

Szli na Przebieg, z workiem, z drągiem i z łopatą do węgla.

Ernest trzymał oburącz drąg, Elijahu łopatę przerzucił przez ramię, Dawid zwinął worek. Tutaj było pusto, panowała cisza cmentarza i tylko z oddali docierał stłumiony szum handlowej dzielnicy. Maszerowali wśród opustoszałych ruder, cierpliwie wałęsali się wokół posępnych, czynszowych kamienic ogarniętych zarazą i skazanych na kwarantannę, wymarłych już i cichych, gdzie odór karbolu bił aż na ulicę i w pustce szczury odprawiały nad zwłokami kadysz.

Długo czatowali pod usypiskiem śmieci. Dzień wlókł się, jak konający z głodu po kamieniach.

— Szpadlem przez łeb, raz — i Ernest pokazywał energicznie, jak uderzy szpadlem.

— I drągiem.

— I drągiem przez łeb.