Elijahu radził byle co rzucić na przynętę. Byle co, od razu przyjdzie do ręki.

— Ale co?

Przełykali ślinę.

— ...ci, kici, kici — wabił Ernest. — Kici, kici.

Ręce niewinnie założył do tyłu, pragnąc ukryć zamiary i okuty kołek. Sapał, niecierpliwie zaglądał przez okienko do piwnicy. Elijahu przysiadł na piętach w postawie, która nic dobrego nie wróżyła. Trzymał nóż z korkociągiem — własność Zygi — i obydwa ostrza były obnażone.

— Widzę, jest — mówił Ernest, wsuwając głowę do piwnicy, ale było tam ciemno jak u Murzyna w kieszeni i nie mógł chyba nic zobaczyć.

Elijahu podniósł z ziemi porzuconą butelkę.

— Tym — powiedział i potrząsał nią groźnie nad głową, ale w drugiej ręce nadal trzymał ostry nóż.

Dawid trzymał worek.

— O, o — westchnął, kiedy z głębi sieni za ich plecami rozległ się słaby, przeciągły krzyk dziecka.