— Nie, proszę pana.

I za to Mordka oberwał w zęby po raz drugi.

— Zapomnisz?

— Zapomnę, proszę pana. Wszystko zapomnę. Już zapomniałem.

Mordka pochylił nisko głowę, ukradkiem przycisnął dłoń do spuchniętej twarzy.

Granatowy się wysapał, równo umieścił na brzuchu przekręcony pas klamerką do przodu. Wypucowane buty skrzypiały pod nim, kiedy niezdecydowanie przestępował z nogi na nogę. Czknął i kadź brzeczki się przelała.

Fertig! — powiedział. — Odprowadź ich na Piekiełko i wracaj. My tu z Antosiem czekamy.

Poszli przodem, za nimi Blond-wąsik. Mordka zuchwale podskakiwał, prężył się, poklepywał wyładowany chlebak i szedł, nie pytając o drogę.

— Gdzie on nas prowadzi? Daleko? — szeptem pytał Dawid.

— Nie, tu zaraz. Niedaleko... O, widzisz, Piekiełko już obstawione.