Obejrzał się dopiero skręcając w przecznicę, wciąż biegnąc i nie czując ciężaru dwóch worków. Zobaczył leżące ciała na kamieniach, a nad nimi, nad murem, wielką żółtą tablicę ostrzegawczą, którą zawsze omijał wzrokiem. „Achtung, Achtung! Vor Juden wird gewarnt. Halt! Juden, Läuse, Fleckfieber164.” Mojsze był już po tej stronie i próbował się unieść, poczołgać w głąb ulicy, dalej od miejsca, gdzie padł w kałuży krwi, a szczęki jego poruszały się nadal, ciągle jeszcze żując chleb.
Za załomem ulicy stał Uri, bez czapki, rozpaczliwie wołając do przebiegających:
— Kto ma torbę Połamańca? Kto ma... Ty, Wałach?
— Skąd znowu — zaprzeczył Kuba.
— On — wołał Zyga biegnąc. — On ma — wskazał na Dawida.
— Dawaj tu — powiedział Uri i skoczył ku niemu.
Dyszał ciężko i nie mógł wcale zamknąć ust, jakby tędy miało wyrwać się tłukące serce. Rzucił worek na ziemię, a Uri wyjął stamtąd natychmiast nieduży zielony chlebak. Otworzył, zajrzał. Szperał gorączkowo, aż wyciągnął mały zwitek cienkiego zadrukowanego papieru i wsunął za koszulę, potem zapiął szybko sprzączki i chlebak przewiesił przez ramię.
— A to możesz zabrać. Twoje — i zwrócił mu worek z powrotem. Patrzyli za nim, jak oddalał się spokojnie, zapinając koszulę.
— Co to było, Zyga?
— Nie wiesz czasem.