— Ten zwitek, który miał Połamaniec w worku. Ty mu podrzuciłeś zielony chlebak na Piekiełku. Ty i Żółtko... Mów, bibuła?

— Nie wiesz czasem — odparł Zyga i roześmiał się głośno i z ulgą. — Mezyza165. To zwitek, który ludziom wsuwa się w drzwi.

Po worek, który był własnością Połamańca, stawiła się na podwórzu banda Barucha Oksa. Skrzyknięci zewsząd, zbiegli się w jednej chwili. Mundek Buchacz uniósł worek, zamyczał z zadowoleniem. Henio Śledź oblizał mokre usta. Łokciem odepchnął go Kuba Wałach, który musiał być pierwszy. Długi Icchok stukał drewniakami dla rozgrzewki i niecierpliwie krążył, czekając na otwarcie worka. Ostatni nadciągnęli Mordka Caban i Josełe Żółtko, objęci ramionami, znużeni. Tym razem się udało, jeszcze jak! Mordka prężył się i prostował, wysoko wodził głową, przymykał oczy. A Josełe był już szary, oklapł zupełnie i miał wygląd drętwiejącej żaby.

Baruch Oks rozejrzał się niepewnie jakoś, ukradkiem, postawił kołnierz skórzanej kurtki i zatarł ręce.

— Blatować166! Blatować! Jeszcze raz blatować — krzyczał Josełe Żółtko. — Blatować wachę167 potrafisz.

A Baruch Oks stał blady, uśmiechnięty kurczowo i oczy zwęziły mu się, jak przed bójką.

— Żółtko, jak mało było na Piekiełku, ja ci mogę jeszcze dołożyć — i Mundek Buchacz podniósł pięść.

— Bij, bij! — Josełe Żółtko, tracąc oddech, skowytał. — Na co czekasz, Buchacz? Bij, tylko to umiesz. — Wydzierał się z rąk Mordki Cabana, który złapał go za włosy i przytrzymał.

Przeraźliwy krzyk długo jeszcze było słychać we wszystkich oficynach naraz; trzaskały okna, pięści tłukły o parapety. Chlusnął kubeł pomyj na podwórze.

— Bij, bij!