— Podobno — zaczął. — W pierwszych tygodniach poboru posada żółtego24 kosztowała trzysta złotych. Dobrze mówię? Teraz ceny skoczyły do tysiąca, ale skoczą wyżej. Strach zrobi swoje, wiem, co mówię. Bezpieczeństwo, Żyd zapłaci każdą cenę, żeby uratować głowę. Nadejdzie czas — powiedział z siłą — że za pałkę będzie płacił złotem. A drugiego sprzeda za psi grosz, o.
Ciotka Chawa uniosła się tak, że peruka jej spadła na ucho i obnażyła żółtą skórę czaszki, pokrytą przejrzystymi, wiotkimi kłaczkami.
— Jak śmiesz! — Bezsilnie uderzała piąstką o piąstkę. — Jak możesz? — Poruszona peruka spłynęła na ziemię lekko i płynnie, jak suchy kwiat ostu. — Nie chcę tego słuchać w żydowskim domu z żydowskich ust w dniu żydowskiego święta!
Wuj Jehuda przyklęknął nisko, podniósł perukę z ziemi i podał jej pochyliwszy głowę. Z pogardą odepchnęła rękę bluźniercy. Wyglądała teraz strasznie: łysa, rozzłoszczona, z dzikimi, rozwartymi rozpaczliwie oczami.
— Boże, czemu nie dałeś mi innego losu — szeptała Dora Lewin. — Czemu dożyłam tych strasznych lat. — Jej twarde, rulowane „r” polatywały w powietrzu jak kruki.
— Nadejdą gorsze lata — powiedział wuj Jehuda.
— Coo? — Teraz zaszła w niej niepojęta zmiana. — Co wy wszyscy ode mnie chcecie? — powiedziała tylko ciotka Chawa.
— Aś, aś, aś — ubolewał dziadek. Zakurzoną perukę otrzepał o kolano. Kłąb martwych włosów opierał się niedołężnym dłoniom. — Dzieci, co mówicie. Nie trzeba tak, nie.
Spadły z twarzy ostatnie maski, zagasły światła lampionów, już zamarł dawno świąteczny śmiech. Mardocheusz, Estera, Haman pierzchli z pamięci Dawida. W ręku pozostała kołatka. Poruszył zaciśniętą z uporem na trzonku spoconą dłonią i zakołatał — drr drr drr — szybko i głośno, a wówczas ojciec wyrwał mu kołatkę i gniewnie odrzucił. W ciszy, jaka nastąpiła znienacka, słyszał wzburzony oddech ciotki Chawy, suchy, ciężki szloch. Nieswojo mu było i wstyd, nie wiedział, co z sobą począć. Suchy korpusik dygotał w zmierzchającym świetle, wstrząsany łkaniem. Czy ten potężny płacz mógł do niej należeć? Czy jej głosem płaczą inni, wszyscy razem, a ona użyczyła im tylko swoich łez na ten dzień? Szlochała coraz gwałtowniej. Szlochała już tysiące lat, z pokolenia na pokolenie, od Mahalaleela do Jareda i od Jareda do Enocha, i od Enocha do Matuzalema, i od Matuzalema do Lamecha przenosił się ten szloch. Blada, żółta twarz ciotki Chawy wydzielała posępne światło.
Wytarła nos, niedbałym ruchem ręki nałożyła perukę na bakier. Z wyciągniętymi przed siebie kurczowo rękami chwiejnie podeszła do kanapki. Wlókł się za nią cichnący skowyt, skarga bitego psa. To zaczynało się tak nagle i tak nagle kończyło: a w tym czasie wydobywał się z niej krzyk-płacz, który napełniał Dawida zakłopotaniem i trwożnym podziwem.