— Dobrze już, dobrze, nic się nie stało. Odsuńcie się od niej.

Znów była sobą, do następnego razu. Znużona leżała na kanapce pod oknem, a Dora Lewin cierpliwie rozpinała jej guziki żabotu pod szyją, uwalniając z uwięzi słaby oddech. Potem uniosła się i długo — długo, z wzrokiem utkwionym w twarzy leżącej, trwała w postawie wyczekiwania i zwłoki, jak przykuta do swojego dzieła — sprawczyni, kapłanka zaklinająca święte głosy.

Krzyk wuja Szmuela:

— A, żeby ich święta ziemia żywcem pochłonęła!

I ostrzegawczy syk dziadka:

— Aś, aś.

Wuj Gedali powiedział powoli i spokojnie parę słów, które natychmiast zgasiły gniew.

— Niedługo, a wszystkich nas pochłonie żywcem, Szmuelu. A ty nie krzycz tak, bo szyby polecą z okien. Widzisz, że popękane i ledwo sklejone papierem.

— Szmuelu, Jehudo, czy wy mnie słyszycie?

Nikt nie odpowiedział, a dziadek kręcił się uparcie w ciemnym kącie, przesuwał w głąb fotel i z powrotem sadowił na swoim miejscu. Postękując, powtarzając: