— Torę ratować z pożaru. No, no — powiedział wuj Jehuda. — Ale właściwie po co? Można sparzyć tylko palce.

— Po co? Nie pytam, po co wyciągać Torę z ognia — surowo powiedział ojciec. — Pytam, co zostanie? Wszystko ma przepaść? Tak?

Nikt nie odpowiedział i cisza panowała, a dziadek siorbnął ze szklanki rozmoczoną papkę suchara. Rozległo się łakome ssanie nagich dziąseł.

— Nno — odezwał się prof Baum — tak bym nie powiedział.

Wuj Jehuda przerwał z chłodnym uśmiechem.

— Baum ma na to odpowiedź. On wie, że są rzeczy trwalsze od człowieka.

Ojciec potrząsnął głową; mówił zwrócony do Bauma:

— Co? Kiedy człowiek umiera, lżej mu zamykać oczy, jak wie, że coś po nim zostanie. Nie stado bydła, nie zagon ogórków, nie konto w banku. Majątek on by chętnie ze sobą zabrał. Może nie tak jest, Baum? Ale chce mieć pewność, że coś... coś takiego po nim zostanie i przetrwa. Za to nikt nie da pięciu groszy. Co? To ja się pytam, co? Ja się was pytam!

Wuj Jehuda zmiął cienkie usta.

— Ale czy Żyd umiera? Jak może zostać po nim pamięć? Żyd nie umiera, Żyd zdycha. Innym nie do twarzy taka śmierć.