— Zawsze tak było, zawsze będzie — wzdychał dziadek.
Wuj Jehuda syknął do ojca:
— Wystarczy otworzyć oczy i uszy, aby o tym wiedzieć.
— Boże, kiedy to się wszystko skończy — narzekała matka, trzymając grzebień. Wskazała mu miejsce przy sobie, na skrzyni, jak co wieczór. — Siedź spokojnie, Dawid.
Zatupawszy butami weszli Uri i Naum, niosąc śnieg na czapkach. Uri miał zaczerwienioną twarz i sine paznokcie. Naum odwinął z lewej ręki gruby przepocony gałgan i wcisnął jak rękawicę do kieszeni. Kręte włosy wisiały oblodzonym kosmykiem na skroni i Dawid zobaczył chudą, żółtą szyję niedbale osłoniętą. Uri zaglądał wszystkim w twarze.
— Co się tam wyrabia! Ledwo trepów nie zgubiłem na Ceglanej. Poczekam, może to przejdzie bokiem.
Wuj Jehuda zacisnął usta w uśmiechu i powiedział:
— Widzę, że Uri ma dzisiaj znów świeże wiadomości z pierwszej linii frontu.
— Zostaw — powiedział ojciec. — Niech odetchnie. Niech odtaje.
Uri zamilkł urażony. Prof Baum, obciągając koc, który zsunął się z jego ramion i wlókł po podłodze, mówił: